„Bez wolnej Ukrainy…”: idee niepodległościowe w polskiej Kulturze
Fot.: Yuliia Korsunska
W tym domu na obrzeżach Paryża na zawsze zachował się polski ślad. A dokładnie przy alei de Poissy 91 w Le Mesnil-le-Roi, częściej kojarzonej z sąsiednim miasteczkiem Maisons-Laffitte. Pod tym adresem ma swą siedzibę Instytut Literacki, gdzie żył i pracował Jerzy Giedroyc – redaktor naczelny miesięcznika Kultura, na którego stronach powstawały, między innymi, szkice przyszłości relacji polsko-ukraińskich. Dziś o związku wydawcy z miejscem przypomina niepozorna tabliczka przy wejściu i uśmiech pracowników, poprzedzający pytanie: „Parlez-vous français? Et polonais?”(„Czy mówi Pan/Pani po francusku? A po polsku?”).
Wielokulturowość domu – a raczej jego mieszkańców – staje się jeszcze bardziej widoczna po wejściu do środka. Na licznych regałach piętrzą się książki w języku polskim, francuskim, ukraińskim, rosyjskim. Tuż od progu polski audioprzewodnik wspomina o rodzinnych stronach Giedroycia „w Mińsku, na Litwie”(do 1917 roku Mińsk należał do Imperium Rosyjskiego.), co brzmi niemal jako manifestacja nierosyjskiej tożsamości rodu Giedroyciów o korzeniach tkwiących w Wielkim Księstwie Litewskim.
Gabinet Giedroycia znajduje się na parterze, drugie drzwi po lewej stronie. Drobiazgi na biurku mówią same za siebie: lampa z naklejką „Solidarności”; koperta z napisem „ziemia z Katynia”; popielniczka, w której kiedyś jeden za drugim lądowały niedopałki. I wreszcie broń – trudno nie zauważyć tej pasji redaktora. Giedroyc fascynował się zarówno bronią palną, jak i białą, która towarzyszyła mu od miejsca pracy aż po sypialnię.


Fot.: Yuliia Korsunska
Mieszkańcy domu wspominają, że światło w Instytucie Literackim gasło rzadko. Nocami Giedroyc odpisywał na listy, a nawet będąc w łóżku czytał książki i śledził nowe wydania prasy. Mimo politycznego niepokoju widział wartość w branży wydawniczej i wierzył, że literatura polska pozostaje niepodzielna – bez względu na miejsce publikacji – a dlatego i Kultura to jej integralna część.
Tak, w nocnej ciemności zmieniało rzeczywistość słowo. Pisane po polsku. Wśród obczyzny Île-de-France.

Jerzy Giedroyc (1906-2000) był nie tylko wydawcą, lecz również politykiem, prawnikiem, działaczem emigracyjnym i jednym z symboli XX-wiecznej historii Polski.
Wraz z zespołem Instytutu Literackiego stworzył jego wizytówkę – wspomniany wyżej miesięcznik Kultura. Jego nakład niekiedy przekraczał dziesięć tysięcy egzemplarzy. Dzięki temu czasopismo było najpopularniejsze wśród licznych publikacji polskiej emigracji i to właśnie Kulturę najczęściej przedrukowywano w drugim obiegu w PRL. Misją Kultury było podtrzymanie przestrzeni kulturowej Polaków na emigracji i kultywowanie polskiej myśli politycznej poza żelazną kurtyną.
„Nie wierzyłem w żadne formy organizacyjne na emigracji […] natomiast istotną rzeczą dla mnie, i rozumiałem to już wtedy, jest kwestia słowa. Słowa, słowa drukowanego. To jest jedyna rzecz, która może na dłuższą metę odegrać jakąś rolę” (Jerzy Giedroyc, Rozmowy w Maisons-Laffitte, 1981).
Poprzez paryską Kulturę znamy Giedroycia jako prekursora wizji ustroju Europy Środkowo-Wschodniej, niezwykle nowatorskiej jak na swoje czasy. Rozwijał ją od lat 50. wraz z innymi emigracyjnymi autorami, między innymi Józefem Łobodowskim i Juliuszem Mieroszewskim, biorąc pod uwagę głosy docierające do redakcji z Polski. Odchodząc zarówno od ideologii PRL, jak i od nostalgii za Kresami, Giedroyc dostrzegał przyszłość w partnerstwie z niepodległymi Ukrainą, Litwą i Białorusią. Ta koncepcja przeszła do historii jako doktryna ULB lub „polityka wschodnia”.
Nietuzinkowość tego podejścia polegała na tym, że Giedroyc rozumiał nieuchronność klęski ZSRR. Przewidując upadek ustrojów komunistycznych, uważał, że Polska nie tylko musi uwolnić się spod „czapy Moskwy”, lecz także odnaleźć się na zupełnie nowej mapie Europy w otoczeniu świeżo niepodległych państw. Największym zagrożeniem pozostawał imperializm. I chodzi tu nie tylko o imperializm rosyjski czy zachodni, lecz także polski. W Kulturze mocno podkreślano, że imperialistyczne dążenie do przywrócenia rzekomej wielkości dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów prowadziłoby nie tyle do jej odrodzenia, ile do całkowitej anihilacji.
„Niezależnie od swych form, celów i uwarunkowań imperializm jednakowo zniewala narody, które są jego ofiarami i jednakowo zatruwa naród, który jest jego nosicielem” (Deklaracja w sprawie ukraińskiej, Kultura, 1977 rok).

Źródło: https://kulturaparyska.com/ (fot. AB00505)
Ważnym dokumentem w tym kontekście jest Deklaracja w sprawie ukraińskiej opublikowana w Kulturze w 1977 roku. Podpisali się pod nią nie tylko Giedroyc, lecz także Józef Łobodowski, Natalia Gorbaniewska, Józef Czapski, Tibor Meray i inni. Ta deklaracja wzywała do wspólnej walki o niepodległość Ukrainy, bezpośrednio zwracając się do rosyjskiej opozycji i pośrednio przypominając o odpowiedzialności narodów Europy Środkowej. Co więcej, w niej pojawia się słynny postulat – „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” – wówczas w nieco bardziej rozbudowanej treści:
„Nie będzie wolnych naprawdę Polaków, Czechów czy Węgrów bez wolnych Ukraińców, Białorusinów czy Litwinów. I w ostatecznym rozrachunku, bez wolnych Rosjan. Bez Rosjan wolnych od ambicji imperialnych […]” (Deklaracja w sprawie ukraińskiej, Kultura, 1977 rok).
Dlaczego jednak niepodległość Ukrainy (oraz Litwy i Białorusi) jest dla Polski warunkiem wolności? Cóż, ten związek przyczynowo-skutkowy nie należy do łatwych. Najlepiej uchwycić go, analizując nie to, czym jest niepodległa Ukraina, lecz co oznacza jej zniewolenie.
Ukraina pod czerwoną flagą ZSRR oznacza istnienie krwiożerczego imperium tuż za polską granicą. Rosja i Związek Radziecki nie należą do państw narodowych, czyli ich spoiwem jest idea imperialna, a nie obowiązek narodowy. Dlatego nie mogą funkcjonować bez Ukrainy z ideologicznego punktu widzenia. Tereny współczesnej Ukrainy takie jak Kijów, Zaporoże, Odesa, Charków stanowią fundament mitu historycznego o „Wielkiej Rosji”, której początki rzekomo sięgają Kijowa, „matki grodów ruskich”. Niepodległość Ukrainy i odrębność jej historii podważa te roszczenia; powoduje, że Rosja nie może powoływać się na rzekome europejskie korzenie. Co więcej, burzy to ambicje zbudowania „Ruskiego miru” od Lizbony po Władywostok – z Polską gdzieś po drodze.
Z kolei Ukraina bądź jej część pod biało-czerwoną flagą oznaczałaby realizacje imperialnych ambicji Polski. „Odzyskane” ziemie wymagałyby asymilacji wielonarodowej ludności, co groziłoby czystkami etnicznymi, łamaniem prawa międzynarodowego, wzmocnieniem autorytaryzmu i odcięciem Polski od Zachodu. W takim scenariuszu, zniewalając Ukrainę Polska uwięziłaby sama siebie w celi mitu I Rzeczpospolitej (choć właściwszą nazwą byłaby Dawna Rzeczpospolita, liczebnik “pierwsza” oznacza bowiem, iż Druga i Trzecia Rzeczpospolita są jej bezpośrednią kontynuacją, co nie odpowiada prawdzie historycznej, lecz jest właśnie elementem tego mitu), czyniąc z niego ciężar, a nie szansę na europejską przyszłość.
Giedroyc rozumiał, że jego wizja sprzeciwiała się niemal całej ówczesnej polskiej polityce. Dla komunistów była zdradą ustroju; dla narodowców – zdradą Kresów. Nie miał szerokiego wsparcia nawet wśród intelektualistów: do redakcji Kultury przychodziły setki listów krytykujące apel o przyznanie odpuszczenia Lwowa, Wilna i Mińska odpowiednio Ukraińcom, Litwinom i Białorusinom. Niemniej jednak usłyszeli go Polacy – i z czasem, w latach 80. idea Giedroycia znalazła oddźwięk w programie Solidarności.

Źródło: https://kulturaparyska.com/ (fot. FIL08396)
„[…] pogląd Zespołu "Kultury" na zagadnienie ziem wschodnich sformułowaliśmy kilkakrotnie omawiając te sprawy w artykułach J. Łobodowskiego i J. Mieroszewskiego. Celem uniknięcia nieporozumień definiujemy nasze stanowisko powtórnie: Polska może odzyskać i utrzymać byt niepodległy tylko w ramach sfederalizowanej całej Europy. Twierdzimy, że prawo udziału w przyszłym europejskim federacyjnym związku mają […] również Ukraińcy i Białorusini. Z uwagi na niebezpieczeństwo imperializmu rosyjskiego, obecne i przyszłe – powstanie niepodległej Ukrainy i jej uczestnictwo w europejskim związku federacyjnym – dla Polski jest sprawą pierwszorzędnego znaczenia […]” (Nieporozumienie czy tani patriotyzm? Kultura, 1953).
Dziś wiemy, że Giedroyc uparcie wierzył w swój naród – każdego gościa w Maisons-Laffitte pytał o nastroje robotników w Polsce. Jego wizja i walka Solidarności urzeczywistniły się w 1991 roku, gdy Ukraina, Litwa i Białoruś odzyskały niepodległość, a Polska od dwóch lat funkcjonowała już jako państwo demokratyczne.
Giedroyc nigdy nie twierdził, że Polska i Ukraina muszą się polubić. Rozumiał jednak, że aby istniała jedna, musi zaakceptować istnienie drugiej.
Rozumiał to również Lech Wałęsa. Dlatego noc z 1 na 2 grudnia 1991 roku była dla niego bezsenna. Wyczekiwał, aż ogłoszone zostaną wyniki referendum ogólnoukraińskiego o Akt niepodległości, by to Polska – a nie główna rywalka Kanada – jako pierwsza uznała nowo powstałe ukraińskie państwo. Tak się też stało. Sąsiadując z wolną Ukrainą, Litwą i Białorusią, Polska niezwłocznie powróciła na Zachód jako jej porwana część.
Dziś jednak Białoruś jest poddana rządom autorytarnym, a Ukraina ponownie przelewa krew za prawo do bycia sobą. A Polska? Polska też mierzy się z pytaniem o własną wolność – niezmiennie po zachodniej stronie frontu.

„Dlaczego Jerzy Giedroyc nie wrócił do Polski, żeby zostać prezydentem?” – kontynuuje audioprzewodnik, zbliżając się do końca opowieści. Lokalizacja do nagrania – letni ogród. Powstaje więc to pytanie wśród cieni dwudziestowiecznych drzew, przy stoliku, gdzie zespół Instytutu Literackiego zwykł pić kawę i jeść croissanty z widokiem na tabliczkę „Skwer Jerzego Giedroycia”.

Fot.: Yuliia Korsunska
Rzeczywiście, po 1989 roku pojawiały się opinie, że Giedroyc miał wszelkie szanse na prezydenturę w Polsce. Nie zgodził się ponoć ze względu na wiek i poczucie misji; widział siebie jako postać walki o wolność, nie budowy państwa. Z tego samego powodu jego testamentem stało się zamknięcie pisma Kultura tuż po jego śmierci. W Maisons-Laffitte sądzono, że czasopismo trzymało się na jednej osobie, a po odejściu Giedroycia Kultura nie miałaby racji bytu.
Mimo to Instytut nadal żyje. W ogrodzie stoją dwie oficyny, w których przechowywana jest biblioteka Giedroycia i archiwum Instytutu Literackiego. Na pytanie, dlaczego nie połączono tego z państwowymi zbiorami, pracownicy odpowiadają krótko: „Polityka się zmienia – my nie”.
„Nigdy nie myślałem o wyznaczeniu następcy. Wszelkie spekulacje na ten temat są bezpodstawne. Po mojej śmierci Kultura przestanie się ukazywać. Pozostanie Instytut, z jego archiwum i biblioteką” (Jerzy Giedroyc, Jerzy Giedroyc And His Achievement, Instytut Literacki).
Czy wola Giedroycia o zakończeniu wydawania Kultury była błędem? Trudno ocenić. Być może nie była to omyłka, lecz wskazówka: dziś to my mamy wziąć odpowiedzialność za siebie, za wolne słowo, za przyszłość Państwa. Jako spadkobiercy Giedroycia mamy obowiązek mówić o kulturze, o jej wyzwaniach i skrzyżowaniach z kulturami innych, jak to jest w przypadku polsko-ukraińskim.
Te drogi kulturowe przecinają się czasem w miejscach dość nieoczekiwanych – jednym z takich pozostaje Instytut Literacki w Maisons-Laffitte. Jeśli w ubiegłym wieku Polska i Ukraina mogły się spotkać niemal wyłącznie na łamach drugiego obiegu, dziś mamy niezrównanie większą przestrzeń do dialogu.
Korzystajmy więc z niej rozumnie.
Na miarę dziedzictwa Jerzego Giedroycia.
