„Aby poznać samego siebie, własną tożsamość narodową, trzeba interesować się światem wokół nas”
M. Ł. Historia Ukrainy jest źródłem, z którego czerpie Pan inspirację do swojej twórczości. Przygotowanie niemal każdego Pańskiego filmu rozpoczyna się od studiowania dokumentów historycznych, źródeł literackich i folklorystycznych, a kończy artystycznym przetworzeniem tych badań w oryginalną formę filmową. Co motywuje Pana do podejmowania tematów historycznych?
O. S. Interesuje mnie to, co narodowe i „własne”, a co nigdy nie jest proste ani linearne. Poszukuję historii, które pozwalają mi w filmach ukazać nie tylko nowe emocje, lecz także moje własne przeżycia i refleksje. W przeciwieństwie do podręczników historii filmy inspirują nas do współodczuwania. Jest to zresztą zadanie każdej sztuki – nauczyć człowieka empatii.
Moim zdaniem wielką tragedią sztuki XX wieku było to, że pielęgnowała przede wszystkim wewnętrzne ego twórców, a znacznie mniej pracowała z odbiorcą. Wszyscy zachłysnęli się ideą samowyrażania, uznając ją za najwyższy poziom mistrzostwa artystycznego: im bardziej niszczy się tradycję istniejącą przed nami, tym lepiej. Tymczasem edukacja, oświecenie i etyka – czyli to, czym sztuka zajmowała się od zawsze – zeszły na drugi, a nawet trzeci plan. W rezultacie utraciliśmy wpływ sztuki na odbiorców oraz wartość dialogu z nimi. Dziś obserwujemy, że konsumenci produktów rozrywkowych nie odczuwają potrzeby zdobywania wiedzy. Gdyby jednak zapytać ich, czy interesują ich prawdziwe historie o stracie i miłości, być może odpowiedzieliby twierdząco. Czy takie historie były im oferowane? Nie, ponieważ przez długi czas błędnie zakładano, że publiczność nie jest nimi zainteresowana.
M. Ł. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zrealizował Pan filmy dokumentalne Naród. Żydzi oraz Naród. Łemkowie (1999). Niestety obecnie nie są one dostępne dla szerokiej publiczności. Jaka była Pańska koncepcja tych filmów?
O. S. Zawsze uważałem, że przedstawiciele jednego narodu nie muszą być nosicielami jednej tradycji kulturowej. Całe dzieciństwo spędziłem w Łucku. To miasto do dziś pozostaje dla mnie przykładem żywego dialogu kultur. Na centralnym placu zamkowym starego miasta znajdują się świątynie różnych wyznań: prawosławna cerkiew Opieki Matki Bożej, greckokatolicki klasztor bazylianów, rzymskokatolicka katedra Świętych Apostołów Piotra i Pawła, klasztor dominikanów, klasztor sióstr szarytek, niemiecki kościół luterański, synagoga, a nawet karaimska kenesa.
Pamiętam, że w dzieciństwie moje święta Bożego Narodzenia trwały niemal dwa miesiące. Najpierw odwiedzaliśmy naszych żydowskich znajomych, później katolików, następnie Ormian i tak dalej. To harmonijne współistnienie pokazywało, w jaki sposób wspólne wartości mogą jednoczyć ludzi.
W latach dziewięćdziesiątych, na początku kształtowania się niepodległego państwa ukraińskiego, starałem się zrozumieć, zbadać i zachować historie ludzi, którzy współtworzyli kulturę ukraińską na ziemiach ukraińskich. Zastanawiałem się również, co jako społeczeństwo powinniśmy dziś uzgodnić, aby nie doprowadzić do wzajemnych konfliktów. Pracując wówczas dla Internews, miałem możliwość realizowania filmów opowiadających o różnych kulturach współtworzących wielką ukraińską kulturę narodową. Wszelkie dyskusje o tym, czyim twórcą był Kuindży, Malewicz, Ajwazjan, Dziga Wiertow, Paradżanow czy Bałajan, tracą znaczenie, jeśli spojrzymy na to, co ci artyści uczynili dla ludzi żyjących wokół nich i jaki ślad pozostawili wśród narodu, pośród którego tworzyli.
Historią Łemków zainteresowałem się jeszcze w dzieciństwie. Pewnego razu mój ojciec przywiózł z Polski kilka niezwykłych obrazków przedstawiających jakieś miasteczko. Wydawało mi się, że zostały namalowane na pudełkach po butach albo na tanim papierze pakowym.
Ojciec opowiedział mi wówczas o ich autorze – malarzu Nikiforze z Krynicy, który był Ukraińcem, Łemkiem.
Już wtedy rozumiałem, że wszelkie granice mają charakter umowny, ponieważ ludzie nie żyją ściśle według linii wyznaczonych na mapach politycznych. Wiedziałem jednak bardzo niewiele o deportacjach Ukraińców z lat 40. i 50. XX wieku, w tym o Akcji „Wisła”.
Operacja „Wisła” – wojskowo-polityczna akcja deportacji ludności ukraińskiej z regionów Łemkowszczyzny, Chełmszczyzny, Nadsania i Podlasia na północno-zachodnie ziemie Polski, przeprowadzona przez komunistyczne władze polskie w 1947 roku pod pretekstem likwidacji zbrojnego oporu UPA na terenach położonych za linią Curzona.
W 1995 roku w Krynicy otwarto Muzeum Nikifora Krynickiego, w którym początkowo przedstawiano go jako artystę polskiego. Wywołało to sprzeciw społeczności ukraińskiej, która na drodze sądowej wywalczyła prawo do własnego dziedzictwa kulturowego.
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych przyjechałem do Krynicy, aby nakręcić film o historii oporu ukraińskich Łemków, którzy żyją wprawdzie tuż obok wielkiej Ukrainy, lecz w zupełnie innym świecie – w społeczeństwie, które niekiedy odnosi się do nich z wrogością. W drodze powrotnej zastanawiałem się, czy podobnie nie czują się tutaj, na Ukrainie, Ormianie, Żydzi, Grecy czy Gagauzi – przedstawiciele innych grup etnicznych. Czy również zmagają się z problemami dotyczącymi edukacji swoich dzieci? Czy w Ukrainie szanuje się ich kulturę i język? I jak w ogóle wyobraża się ich historię?
Jedną z nowel poświęciłem niewielkiemu fragmentowi historii narodu żydowskiego w Ukrainie. Przez setki lat żyliśmy obok siebie, a wzajemne przenikanie się kultur było niezwykle intensywne – nie tylko w sferze gospodarki i handlu, lecz także filozofii oraz kultury duchowej. Pracując nad filmem Naród. Żydzi, odkryłem i próbowałem pokazać widzom, że Ukraina jest ojczyzną całego nurtu judaizmu – chasydyzmu. To naprawdę niezwykłe. Chasydyzm – nurt judaizmu, który powstał na Podolu w XVIII wieku. Jego założycielem był Baal Szem Tow.
Nie udało mi się wówczas sfilmować wszystkiego, jednak mam nadzieję, że jeszcze domknę ten rozdział, realizując opowieść o żydowskim ruchu oporu w ukraińskim ruchu dysydenckim w ZSRR – na przykład historię Josyfa Ziselsa, syjonisty, który stał się wzorem dla ukraińskich nacjonalistów i prawdziwym ukraińskim państwowcem.
Aby poznać samego siebie, własną tożsamość narodową, trzeba interesować się światem wokół nas. Nie tylko po to, by wiedzieć, jak żyje sąsiad i co myśli o dobru oraz złu – co jest istotne choćby z perspektywy własnego przetrwania – lecz także po to, by móc spojrzeć na własną kulturę z innej perspektywy, nie zamykając się w niej, niezależnie od tego, jak wyjątkowa i bezkompromisowo „nasza” mogłaby się wydawać. Jestem przekonany, że powinniśmy pielęgnować to, co własne, jednak właśnie w tej własnej kulturze możemy czasem dostrzec rzeczy zupełnie nieoczekiwane. Z taką motywacją rozpocząłem cykl filmów dokumentalnych, do którego do dziś od czasu do czasu wracam, traktując go jako swoiste małe laboratorium.
M. Ł. Uważam, że taki sposób myślenia o kulturze ukraińskiej nadal wymaga wyjaśniania i popularyzowania, ponieważ w czasach kryzysu, obok solidarności, narasta również napięcie społeczne. Często znajduje ono ujście w stereotypach powielanych z powodu nieznajomości historii lub świadomej manipulacji faktami. Do takich błędnych, lecz rozpowszechnionych przekonań należą między innymi twierdzenia, że „Ukraińcy zawsze pozostawali w konflikcie z przedstawicielami innych grup etnicznych i wyznań”, że „w Rzeczypospolitej Obojga Narodów Polacy systematycznie uciskali Rusinów”, czy że „relacje Ukraińców z Tatarami krymskimi albo Żydami były historycznie wrogie”. Na ile współczesne kino ukraińskie skutecznie przełamuje takie stereotypy i zmienia zbiorowe wyobrażenia?
O. S. To naturalne, że w czasie kryzysu czy w obliczu agresji ludzie lgną do swoich, starają się trzymać razem i jednoczyć z tymi, którzy podzielają podobne poglądy. Przetrwanie zależy od zrozumienia, kim jest człowiek stojący obok nas. Czasem prowadzi to do odkryć na poziomie: „Czy wiesz, że Grecy również malowali pisanki?”, a czasem do historii wręcz anegdotycznych.
W Wołyńskim Muzeum Krajoznawczym znajdują się dokumenty dotyczące pierwszych pogromów żydowskich w mieście na początku XX wieku, organizowanych na rozkaz z Petersburga. Okazało się jednak, że zostały one upozorowane przez samych Żydów, którzy odegrali narzucony przez rosyjskie władze scenariusz: sami narobili hałasu, zrobili bałagan „dla pozoru”, a nawet wykonali fotografie. Miejscowi Ukraińcy i Polacy nie chcieli bowiem skłócać się ze swoimi sąsiadami, natomiast administracja musiała wykonać polecenia wydane z góry.
Rosja od zawsze aktywnie podsycała konflikty i wzajemną niechęć, aby poróżnić narody. Tymczasem ukraińska kultura miejska miała od wieków charakter wieloetniczny. W ukraińskich miastach przez stulecia pokojowo współżyli Ukraińcy, Ormianie, Żydzi, Polacy, Niemcy i przedstawiciele innych narodów, zwłaszcza na pograniczach kultur i religii.
Ta wyjątkowa współpraca była gwarancją przetrwania. We wczesnej epoce nowożytnej częste były przypadki, gdy społeczność ormiańska na ziemiach ukraińskich zbierała fundusze na budowę świątyni żydowskiej, a Żydzi wspierali budowę kościoła katolickiego. Przykładowo w Czerniowcach środki na budowę cerkwi prawosławnej zbierali Żydzi, którzy posiadali nawet specjalny podatek przeznaczony na ten cel. Z kolei cerkiew św. Jura w Drohobyczu została wzniesiona dzięki funduszom żydowskich przedsiębiorców zajmujących się wydobyciem soli, podczas gdy na budowę synagogi składali się chrześcijańscy kupcy handlujący tą solą. Oczywiście działania te służyły utrzymaniu równowagi społecznej i dobrych relacji między wspólnotami.
Myślę, że naszym ważnym zadaniem jest spojrzenie szerzej, otwarcie oczu na tę historię współistnienia. Wówczas stanie się ona nie tylko bardziej zrozumiała, ale również bardziej inspirująca i wartościowa.
Szczególnie wyraźnie widać to w czasach kryzysu. Muzy nie milczą – one krzyczą, choć ich głos bywa bardzo trudny do usłyszenia. Sztuka nie traci swojego sensu. Wystarczy dziś spróbować kupić bilet do teatru albo dostać się na wystawę. We Lwowie ustawiają się kolejki, aby zobaczyć szkice Tarasa Szewczenki. Czy przez dwieście lat nie zdążyliśmy się już nimi napatrzeć?
Utrwalone znaczenia ulegają przewartościowaniu, zwłaszcza gdy powraca fundamentalne pytanie: jak przetrwać w tym świecie i czego nauczyć nasze dzieci? Ponownie zwracamy się ku sztuce w czasie koszmarnym, ale zarazem niezwykle interesującym, gdyż trudno znaleźć inną pociechę niż tę, którą oferuje świat sztuki.
Ponadto współcześnie sztuka, a zwłaszcza kino, stała się również narzędziem bezpieczeństwa narodowego i obrony państwa. Dzieło artystyczne, które pomaga powstrzymać wroga i przybliżyć zwycięstwo, spełnia niezwykle istotną funkcję społeczną. Kino jest w istocie sztuką całkowicie totalną – widz dostrzega wszystko, co twórca zaplanował i stworzył za pomocą kadru, koloru, akcentów muzycznych czy pauz. Nie oznacza to jednak, że tworzę kino propagandowe.
M. Ł. Wówczas nie byłaby to już sztuka, lecz wyłącznie technologia.
O. S. Właśnie! I są specjaliści, którzy doskonale się tym zajmują. Dla mnie jednak jest to nie do przyjęcia. Tak się złożyło, że filmy, które stworzyłem wcześniej, zaczęły funkcjonować jako narzędzia propagandy. Na przykład w filmie Dowbusz pojawia się zdanie: „To są moje góry! Ja tu jestem gospodarzem”, które można wykorzystać do promowania idei szczególnie ważnej dla nas dzisiaj.
Jednocześnie w tym samym filmie znajduje się scena, w której polski szlachcic, ogarnięty rozpaczą i gniewem, mówi ukochanej kobiecie, że jeśli tylko rozkaże, rozerwie tych Rusinów na kawałki i rozwiesi ich wnętrzności na drzewach. Wyrwane z kontekstu słowa mogą bardzo łatwo stać się narzędziem manipulacji.
M. Ł. W swoim debiutanckim filmie fabularnym Mamai (2003) ukazał Pan w poetycki sposób spotkanie dwóch samowystarczalnych światów – ukraińskiego i krymskotatarskiego.
Mamai (w tłumaczeniu z języków tureckich – „nikt”) to imię, którym tatarska dziewczyna w filmie nazywa kozaka. Jednocześnie Kozak Mamaj jest archetypiczną postacią ukraińskiego folkloru. Skąd zrodził się pomysł stworzenia filmowego eposu o ukraińskim bohaterze, którego symboliczne narodziny dokonują się na styku kultur?
O. S. W tym filmie język krymskotatarski brzmi bez tłumaczenia. Wydaje mi się, że sama historia pozostaje zrozumiała. Dla mnie ważne było jednak usłyszenie melodii tego języka, jego historii, a poprzez tę opowieść ukazanie choćby niewielkiej, lecz równorzędnej w swojej skali historii tej ziemi i stepu – przestrzeni, która nie znała granic państwowych ani narodowości, lecz kierowała się prawem honoru i żywej miłości.
Każdy epos opowiada o własnych bohaterach i usprawiedliwia ich czyny. Ostatecznie epos jest próbą uzasadnienia historii przed matką, która oddała swojego syna lub córkę wojnie. Pokazuje, że ta ofiara nie była daremna.
M. Ł. W filmie Dowbusz (2023) kultura ukraińska również ukazana jest jako przestrzeń wspólnego tworzenia – współtworzenia przez ludzi różnych narodowości i różnych epok żyjących na ziemiach ukraińskich. Pomimo konfliktów międzyetnicznych Ukraińcy, Polacy i Żydzi mogli być i rzeczywiście byli partnerami, zjednoczonymi wspólnymi wartościami: umiłowaniem własnej wolności oraz uznaniem prawa innych do wolności. W szeregach opryszków walczyli Polacy; opryszkowie wspierali Żydów i odwrotnie. Zgodnie z fabułą filmu Dowbusza ratuje Beszt – Baal Szem Tow, twórca ruchu chasydzkiego z Podola. Dowbusz mówi do swojego wybawcy: „Ta ziemia jest również twoją ojczyzną”, a Beszt odpowiada: „Oby udało ci się uczynić jeszcze więcej dobrych rzeczy.” Czy Pana zdaniem we współczesnym społeczeństwie ukraińskim dominuje dziś postrzeganie historii i kultury Ukrainy jako wspólnego dzieła?
O. S. To zdanie ma dla mnie w tej historii szczególne znaczenie. Bardzo zależało mi na tym, aby wybrzmiało.
Na ziemiach ukraińskich niemal równolegle narodziły się dwa eposy o Ołeksie Dowbuszu. Pierwszy – ukraiński – opowiada o ukraińskim bohaterze narodowym, postaci niejednoznacznej. Drugi – żydowski – przedstawia wybitnego myśliciela, wędrownego filozofa i twórcę chasydyzmu, który żył w czasach, gdy wielu wyznawców judaizmu zostało wymordowanych zarówno przez władze Rzeczypospolitej, jak i podczas ukraińskich powstań, których uczestnicy postrzegali Żydów jako „obcych”. Beszt dostrzegł jednak w Ołeksie człowieka walczącego nie tylko o swoich, lecz także o honor i wolność. Tego właśnie potrzebował również jego naród.
Historia przyjaźni Ołeksy i Beszta jest autentyczna. Ich bliska znajomość stanowi fakt historyczny. Beszt rzeczywiście leczył historyczny pierwowzór tego bohatera. Zależało mi na pokazaniu, że nic ich nie dzieliło, lecz przeciwnie – wiele ich łączyło. Mam już dość słuchania opowieści o „Ukraińcach-nazistach”, „Ukraińcach-antysemitach” czy podobnych uogólnień dotyczących jakiegokolwiek narodu. Tego rodzaju generalizacje prowadzą jedynie do sztucznego podziału na „swoich” i „obcych”.
M. Ł. Jak zaproszeni do filmu Dowbusz polscy aktorzy Agata Buzek i Mateusz Kościukiewicz, którzy wcielili się w antagonistyczne postacie, odebrali swoje role oraz samą historię Ołeksy Dowbusza?
O. S. Agata Buzek jest wybitną aktorką, znaną również jako modelka, a przede wszystkim osobą o niezwykłej wrażliwości.
Przygotowując się do zdjęć, opowiedziałem jej o postaci koronnej księżnej Teofilii Jabłonowskiej – arystokratki obdarzonej w swoich czasach ogromną władzą. Jej mąż był wielkim chorążym koronnym i zginął na wojnie. W praktyce oznaczało to koniec jej dotychczasowego życia, ponieważ kobieta pozbawiona męża nie mogła wówczas sprawować realnej władzy politycznej. Pozwalając sobie choć na chwilę zakochać się w przystojnym mężczyźnie o niższej pozycji społecznej, zaczęła walczyć o jego karierę i popełniła błąd. Bohaterka grana przez Agatę jest postacią antagonistyczną. Zapytałem więc: „Agato, co o tym myślisz?”. Odpowiedziała: „Wszystko jest dla mnie jasne. Polityka mnie nie interesuje – zagram historię o miłości. Kobieta zaślepiona poszukiwaniem miłości może dopuścić się znacznie gorszych czynów.”
Podobnie rozmawialiśmy o postaci granej przez Mateusza Kościukiewicza – aktora o niezwykle nowoczesnym sposobie myślenia.
Historia pułkownika Przełuskiego jest opowieścią o rycerskości i honorze rycerskim. Mateusz interpretował ją następująco: „Zagram polskiego husarza, który zdradził ten honor. Bardzo pragnął zostać bohaterem, lecz własne kłamstwo zniszczyło jego ambicje. Tacy ludzie jak Przełuski doprowadzili niegdyś do upadku Rzeczypospolitej. Każdy ciągnął w swoją stronę, każdy chciał zostać polskim królem, a szlachta do tego stopnia porzuciła ideały wspólnotowe i skłóciła się między sobą, że zniszczyła całe państwo.” Tak właśnie Mateusz postrzegał swoją postać i jej epokę. Dla was byłby to zapewne odpowiednik okresu Ruiny.
M. Ł. Jednocześnie jest to opowieść o bólu i poszukiwaniu złotego wieku.
O. S. Tak!
Choć ten film jest baśnią i aktorzy nie uważali, że grają Polaków czy Ukraińców, mimo wszystko odczuwałem niepokój. Antagoniści przecież mówią po polsku.
M. Ł. Jak polska publiczność przyjęła ten film?
O. S. Brałem udział w wielu pokazach w Polsce. Co ciekawe, w polskich szkołach filmowych Dowbusz, a zwłaszcza jego warstwa wizualna, jest bardzo dokładnie analizowany. Film odbierany jest jako wielki projekt ukraińsko-kanadyjsko-polski, w którym wystąpili wybitni współcześni polscy aktorzy. Polscy widzowie postrzegają go jako opowieść o młodym człowieku, słudze polskiego króla i żołnierzu, który zbuntował się przeciwko swojemu władcy.
Dzięki takiej interpretacji uświadomiłem sobie, że brak granic wewnątrz Unii Europejskiej (a dla Ukrainy członkostwo w UE ma przecież ogromne znaczenie) odbiera politykom możliwość skłócania narodów dla własnych korzyści. Choć dzisiaj nic już nas nie dziwi, proszę jednak wyobrazić sobie konflikt zbrojny między Niemcami a Czechami albo Estonią a Litwą. Po co miałby on wybuchnąć? Polska, po kilkudziesięciu latach obecności w Unii Europejskiej, nie postrzega już odległej historii jako czegoś, co mogłoby prowadzić do konfliktu między narodami.
M. Ł. Mimo to niektórzy europejscy politycy nadal odwołują się do niegodnych manipulacji historią.
O. S. Oczywiście! Ale proszę spojrzeć choćby na Viktora Orbána. Węgrzy wyraźnie opowiedzieli się przeciwko takim praktykom. Rozumieją, że tego rodzaju manipulacje prowadzą do wojny. Nie do tej wyobrażonej, o którą rzekomo zabiega Ukraina, lecz do wojny wewnątrz własnego państwa.
M. Ł. Jak, Pana zdaniem, kino może przyczyniać się do lepszego rozumienia wartości partnerstwa kulturowego?
O. S. Dla Ukrainy jako narodu politycznego „Wiosna Ludów” nadeszła właściwie dopiero teraz, za sprawą wojny. Na froncie ludzie walczą nie za dzisiejszą Ukrainę, lecz za Ukrainę przyszłości – tę, którą sobie wyobrażamy. Być może sami w niej nie będziemy żyć, ale chcemy stworzyć ją dla naszych dzieci. To chyba jedyna możliwa motywacja, która daje nam, Ukraińcom, ogromną szansę.
Podobnie artyści, a zwłaszcza filmowcy, próbują dokumentować rzeczywistość wokół nas, rejestrować świat, często nie do końca uświadamiając sobie, jak ważny dokument tworzą. Jego znaczenie stanie się w pełni zrozumiałe dopiero w przyszłości.
To, że naród ukraiński ma charakter wielokulturowy, jest oczywiste. Poszukiwanie wspólnoty kulturowej – odpowiedzi na pytania o to, co wspólnie kochamy, czego nienawidzimy, za co jesteśmy gotowi oddać życie i czego za żadną cenę nie chcemy przekazać naszym dzieciom – oznacza narodziny nowej umowy społecznej. W tym kontekście ogromnym wyzwaniem są dla nas Ukraińcy mieszkający za granicą, których jest już ponad trzydzieści pięć milionów. Przez długi czas wierzyliśmy w istnienie jednej „prawdziwej” kultury ukraińskiej – tej w Ukrainie i tej na emigracji. Tymczasem stajemy się narodem znacznie szerszym, dlatego wpływ Ukraińców na świecie będzie stale wzrastał. Kiedyś, wyjeżdżając za granicę, wśród kolegów z innych krajów miałem poczucie, że przybywam z bardzo odległej prowincji. Dziś już tego nie odczuwam. Jest to również poważne wyzwanie dla sztuki ukraińskiej. Ważne jest, aby była ceniona nie dlatego, że jest dekoracyjnie ukraińska, lecz dlatego, że niesie uniwersalne wartości.
M. Ł. To również kwestia przekładu i uniwersalnego języka.
O. S. Tak. Powinniśmy tworzyć historie, które będą poruszać serca ludzi na całym świecie. Kino ma do tego ogromny potencjał.
M. Ł. Zarówno Mamai, jak i Przewodnik (Powodyr) oraz Dowbusz są filmami podejmującymi refleksję nad mitami narodowymi i mitotwórczością jako sposobem, dzięki któremu każda kultura podtrzymuje własną tożsamość, rozwija się i jednoczy ludzi wokół wspólnych wartości. Czy dziś potrzebujemy nowego mitu – a jeśli tak, to jakiego? Czy planuje Pan podjąć ten temat w swoim kolejnym filmie?
O. S. Nigdy nie brakowało mi pomysłów. Niektóre z nich jednak utraciły swoją aktualność z powodu wojny. Od dawna marzyłem o nakręceniu filmu o Iwanie Sirce i ekranizacji fragmentu jego biografii. Miałem nawet konkretnego aktora – niezwykle wyrazistego i niejednoznacznego – którego widziałem w tej roli. Dziś jednak odczuwam ból z powodu jego utraty.
Miałem również pomysły dotyczące II wojny światowej, między innymi historię ukraińskich robotników przymusowych (Ostarbeiterów). Każdego dnia słyszę jednak i widzę tak ogromną liczbę historii, z których każda zasługuje na ekranizację. Dopóki nie osiągniemy sprawiedliwego zwycięstwa, mam wrażenie, że brakuje nam punktu odniesienia. Nie sposób przewidzieć, jaki będzie widz nawet za rok. Żyjemy jakby w niekończącym się koszmarnym serialu, a naszego życia nie da się opowiedzieć żadnym, nawet najbardziej wyrafinowanym językiem artystycznym.
Ludzie zajmujący się sztuką mają wyjątkową wrażliwość na rytm wydarzeń i nagromadzenie energii. Ktoś powie: „Przecież już powstają filmy o Buczy”. Niech powstają, ale beze mnie. Jeśli robi się je dla pieniędzy i sławy, wykorzystując cudzą tragedię jako darmową scenografię, jest to pozbawione sumienia. Jeśli jednak jest to dokument, wtedy ma to głęboki sens.
M. Ł. Życzę Panu siły i powodzenia w realizacji wszystkich Pańskich pomysłów!
O. S. Dziękuję! Sukces to świadomość, że zrobiło się coś, co miało sens. Miałem pokazy dla tysiąca żołnierzy jednocześnie, którzy następnego dnia szli na front. Ale kiedy podchodzą do mnie przypadkowi przechodnie i dziękują, również odbieram to jako znak, że moja praca nie poszła na marne.
Sukces jest także cudem improwizacji i współdziałania, dzięki którym powstaje coś innego, niż samemu się oczekiwało. Wszystko inne to jedynie gra próżności. Zawsze uważałem, że warto zajmować się światłem. Przede wszystkim światłem w sobie samym, ponieważ kiedy promień światła pojawia się w ciemności, ma moc przyciągania do siebie kolejnego światła.
M. Ł. Niech więc światło kultury ukraińskiej rozprzestrzenia się coraz szerzej. Dziękuję za rozmowę!
O. S. Dziękuję!
Projekt badawczy został zrealizowany dzięki wsparciu Fundacji „Askold i Dir”, administrowanej przez ISAR Jednannia w ramach projektu „Silne społeczeństwo obywatelskie Ukrainy – motor reform i demokracji”, finansowanego przez Norwegię i Szwecję. Treść publikacji stanowi wyłączną odpowiedzialność projektu edukacyjnego UKultura i nie odzwierciedla stanowiska rządów Norwegii, Szwecji ani organizacji ISAR Jednannia.