Kultura polityczna w Ukrainie XVII i pierwszej połowy XVIII wieku.

Tłumaczenie: Aniela Radecka
Wywiady
09.03.2023
Natalia Jakowenko
Prof., dr hab., Uniwersytet Narodowy “Akademia Kijowsko-Mohylańska”
Najnowsza aktualizacja: 2025-08-19 16:16:15
Tekst

L.D. Pani Profesor, trudno wyobrazić sobie dzisiaj rozmowę o kulturze, bez zrozumienia, jak człowiek czuje się i identyfikuje jako członek społeczeństwa, jakie ma prawa i obowiązki, jak chce z nich korzystać. Zwykło się to zjawisko określać mianem „kultury politycznej”. I właśnie o tej kulturze politycznej w Ukrainie doby wczesnonowożytnej będzie nasza dzisiejsza rozmowa. Stąd też pierwsze moje pytanie brzmi: czy można w odniesieniu do okresu, o którym chcemy rozmawiać, wykorzystywać to nowoczesne określenie „kultura polityczna”?

 

N.J. Jeżeli chodzi o wspomniany okres, to pojęcie kultury politycznej, przynajmniej tutaj, w Rusi-Ukrainie i w Rzeczypospolitej, nie istniało w takim jednoznacznym sensie, ba, nawet nie wiem, kto pierwszy go użył. Przypuszczam, że było to gdzieś w XVIII wieku. To znaczy, oczywiście, istniały wzorce zachowań i tradycje polityczne, ale nie było zaplecza teoretycznego w tym zakresie. Pierwszy raz o tym zjawisku pisał Stanisław Orzechowski już w połowie XVI wieku, nie używając określenia „kultura polityczna”, a rozumując, jak i jemu współcześni, w kategoriach politei Arystotelesa, czyli ustroju państwowego. 

 

 

Autor nieznany. Portret Stanisława Orzechowskiego.

 

Stanisław Orzechowski (1513-1566) – polski i ukraiński myśliciel doby Renesansu, pisarz, orator, filozof, historyk, polemista i humanista.

Oczywiście ideałem był, po pierwsze Arystoteles, ale i starożytna Grecja, czyli polis równorzędnych obywateli. Życie, oczywiście, odbiegało od ideału – gdzie tam Rzeczypospolitej z XVI wieku do starożytnej Grecji! Ale, życie życiem, a ideał ideałem – za wzór służyła arystotelesowa politeja sprawiedliwego państwa-miasta. Rzeczywistość, jak to zazwyczaj bywa, odbiegała od ideału, zwłaszcza kiedy do głosu dochodzili ludzie władzy, którzy uważali, że mogą stanowić prawo. Powiedzmy tak: w idealnym świecie monarchę należało szanować, gdyż był on pomazańcem bożym, ale podczas obrad sejmu, kiedy monarcha czegoś chciał, a przedstawiciele szlachty nie, to, mówiąc dosłownie, dostawał figę z makiem i musiał to znieść w milczeniu. Jako przykład można przywołać Stefana Batorego – króla-wojownika.

 

Marcin Kober. Portret króla Polski Stefana Batorego. XVI wiek.

 

Stefan Batory (1533-1586) – król Polski, wielki książę litewski i ruski (od 1576).

Książę Siedmiogrodu, który był przyzwyczajony do całkiem innego traktowania, nieraz chwytał za szablę, gdy szlachta zaczynała wyrażać się w niezbyt grzeczny sposób. Ale i jemu przychodziło cofać dłoń na rękojeść szabli, demonstrując pokojowe nastawienie. Co prawda jego pokojowe nastawienie wystarczało tylko na to, żeby coraz rzadziej bywać na obradach sejmu – albo walczył, albo mieszkał w swojej rezydencji w Grodnie, bo stamtąd było blisko do puszczy na polowanie, gdzie uciekał od tej właśnie „kultury politycznej” i niepokornej szlachty.

 

L.D. Cóż, może pojęcia „kultura polityczna” nie używano w tamtych czasach, ale jednak, opierając się na tym, co Pani dopiero co opowiedziała, zjawiska, które dzisiaj tak określamy oraz ich rozumienie miały miejsce, więc, niechby i pamiętając o umowności używanego pojęcia, mamy prawo mówić o „kulturze politycznej” epoki wczesnonowożytnej w Ukrainie. Jak określano (czy nazywano) ład zaprowadzony na terenach ukraińskich i, co najważniejsze – jak ten ład wyglądał tak naprawdę?

 

N.J. Kultura polityczna – używam tego wyrażenia umownie, bo jeszcze wtedy nie istniało – zakładała istnienie (znów według Arystotelesa, czy może już nawet Platona) trzech typów ustroju państwa: monarchii, oligarchii (władzy arystokratów) i demokracji (władzy narodu). I ci, którzy nad tym się zastanawiali, doszli do wniosku, że Rzeczypospolita – to jednocześnie i monarchia (bo jest król, nawet jeśli wybrany), i oligarchia (bo są magnaci i senat), i demokracja, czyli naród-szlachta, który swoimi wolnymi głosami wybiera i króla, i swoich przedstawicieli do sejmu. Nie pamiętam, który z myślicieli końca XVI wieku jako pierwszy zaproponował unikatową definicję Rzeczpospolitej jako państwa o ustroju mieszanym – monarchia mixta, gdzie obecna jest zarówno monarchia, jak i oligarchia i demokracja. Taką strukturę przyjęto uważać za „właściwą”, a wszystko, co do niej nie pasowało – za „niewłaściwe”. A każdy wie, że „niewłaściwie” żyją wrogowie, przede wszystkim dlatego, że ulegają „tyranom”, czyli jedynowładcom. Przypomnę, że ostatnie ćwierćwiecze XVI wieku to niekończące się wojny z Wielkim Księstwem Moskiewskim, a moskiewski car, jak każdy wie, był tyranem i wszyscy, którzy żyją pod władzą tyrana, są nieszczęśliwymi ludźmi. A my, mieszkańcy Rzeczpospolitej, jesteśmy szczęśliwymi ludźmi, bo mieliśmy swoją monarchia mixta, i nasz monarcha był wybrany i prowadzony przez nas. Gdzie jeszcze są tyrani? Oczywiście, turecki sułtan jest jednym z  nich.

 

Poszukiwania „kultury politycznej” nie rozciągały się na Zachód. Przy tym, jak wiadomo, na drugą połowę XVI i początek XVII wieku przypada moment pojawienia się w Europie „kultury politycznej”, która rozwijała się według zachodnich wzorców. To dojrzewało pomału od późnego średniowiecza, a gdzieś od połowy XVII wieku, szczególnie kiedy zaczęły się wojny religijne, zachodni typ kultury ostatecznie wyklarował się jako taki, w którym każdy człowiek ma prawo głosu. Mieszkańcy Rzeczpospolitej najczęściej podróżowali do Włoch, ale politycznie podróże te nie stanowiły żadnego interesu – może były bardziej jak muzeum, skansen, gdzie jeżdżono, aby podziwiać antyczne ruiny, gdyż wtedy na półwyspie mamy do czynienia z prawie 40 suwerennymi politycznymi podmiotami.

 

Natomiast Francja, gdzie także chętnie podróżowali, oślepiająco błyszczała przed nimi, i tam znajdowali to, co przyjmowali za wzorzec politycznego myślenia. Przecież właśnie tam czy nie po raz pierwszy sformułowano zasady, jak należy kierować państwem: pisano o tym już w średniowieczu, ale te traktaty, które teraz włączamy do zasobów kultury politycznej, pojawiły się przede wszystkim we Francji, później w Anglii pod koniec XVI i w trakcie XVII wieku. W świetle tych traktatów Rzeczpospolita jawiła się jako państwo idealne, a monarchia mixta – jako najlepsze z możliwych rozwiązań, dlatego że tron nie był dziedziczony, bo my sami niezależnymi głosami wybieramy dla siebie monarchę. Ponadto nie było to fikcją: na sejm elekcyjny jeździli nie wybrani przez szlachtę posłowie, a dosłownie każdy szlachcic mógł tam pojechać i sam wykrzyknąć imię tego, na kogo chciał głosować. Z tego względu utrwaliło się przekonanie, że jesteśmy najbardziej niezależnym i wolnym narodem w Europie. U zachodnich sąsiadów tron był dziedziczony, a my jako jedyni sami sobie niezależnie wybieraliśmy tego, który będzie nam służył, ponieważ króla postrzegano jako władcę-sługę narodu.

 

Sejm za Zygmunta II Augusta (1520-1572)

 

L.D. Jakie było nastawienie elity ukraińskiej do wybranego króla i jakie było miejsce tej elity w politycznym organizmie Rzeczpospolitej?

 

N.J. Królowi należał się szacunek jako osobie, której my, wybrawszy go, powierzyliśmy stery rządzenia państwem, ale realnie to my samy stanowiliśmy państwo: naród-szlachtę. To „nasze” państwo, przy czym, Ukraińcy (wtedy nazywani Rusinami), są taką samą jego częścią, jak i polscy szlachcice, szlachcice Księstwa Mazowieckiego czy Inflant (dzisiejsza Łotwa) i tak dalej. To oznacza, że ówczesna tradycja kulturowa była „nasza”, a więc i król był „nasz”. Zresztą, samo pojęcie „Rzeczpospolita” miało wtedy wiele znaczeń. Z jednej strony określano tak terytorium państwa składającego się z wielu części: Królestwa Polskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego, Województwa Ruskiego, Księstwa Mazowieckiego, Prus, Inflant i innych. Z drugiej strony „Rzeczpospolitą” można było określić obrady sejmu jako zebranie całej szlachty, gdzie każdy szlachcic mógł zawołać „My, Rzeczpospolita”, bo miał prawo być obecnym podczas obrad, chociaż nie brał udziału w dyskusji, w przeciwieństwie do wybranych posłów. Jak widzimy, mamy do czynienia z dosyć specyficzną kulturą polityczną. 

 

Jeżeli zastosowalibyśmy klasyfikację któregoś z amerykańskich socjologów, którzy dzielą kulturę polityczną na kulturę poddańczą i uczestniczącą, to w Rzeczpospolitej ukonstytuowała się właśnie ta druga, bo do podejmowania politycznych decyzji (kwestie związane z wojną, pokojem, podatkami itd.) włączano całą szlachtę w postaci sejmu, czyli przedstawicieli całej szlachty. A propos, w imieniu województw ruskich, które w XVII wieku były całkiem świadome swojej odrębności, w sejmie uczestniczyło prawie 150 posłów, którzy mogli żądać realizacji swoich interesów. Oprócz tego, taka kultura polityczna niespodziewanie łączyła w sobie nowożytne cechy i archaiczne zaszłości. Na przykład, procedura podejmowania decyzji podczas obrad sejmu nawiązywała do kultury archaicznej. Wszystkie uchwały sejmu (a teoretycznie na sejmie mogło być do 400 osób, chociaż w rzeczywistości nigdy się tyle nie zebrało) należało podejmować jednomyślnie, a nie głosami większości. To przenosi nas do jakiegoś systemu wodzowsko-plemiennego, opisanego kiedyś przez Tacyta w pracy o zwyczajach starożytnych Germanów: Tacyt opowiada o tym jako czymś dziwnym, bo w Rzymie już dawno tak nie było; wszyscy Germanie zbierali się na zebraniach gromady, jak ktoś proponuje, na przykład, żeby iść na wojnę i wszyscy jednogłośnie mają go wesprzeć – a kto jest przeciwko, ten zostanie zabity. Ot i cała „demokratyczna” kultura. Warto podkreślić, że ten archaiczny symptom odzwierciedlenia kultury plemiennej zachował się w Rzeczypospolitej do końca XVIII stulecia.

 

L.D. Ale tych, którzy byli przeciwni, w Rzeczpospolitej nie zabijali.

 

N.J. Tak, nie zabijali, ale uchwała sejmu nabierała mocy tylko wtedy, kiedy przyjmowano ją jednogłośnie. Nietrudno sobie wyobrazić, jakim trzeba było być elastycznym, żeby osiągnąć tę jedność. Takie procedury nazywano „moderacją”, a właściwie – ścieraniem się punktów widzenia kosztem osiągniecia kompromisu, czyli zgody całego sejmu w pewnym temacie. To moderowanie mogło trwać długo, nawet w warunkach zbliżającej się wojny, i to obowiązkowo, bo inaczej nie można było podjąć uchwały. Na przykład, nie podjęto uchwały o podatku na wojsko – to nie będzie wojska, bo trzeba je wynająć. Wróg u bram, a sejm nie może się dogadać: a propos, to właśnie przez tarcia w sejmie tak śmiało wojował Bogdan Chmielnicki w latach 1648-1649, na które przypadają pierwsze kozackie zwycięstwa. Przecież tak naprawdę nie istniała wtedy armia Rzeczypospolitej, bo żeby ją wynająć, potrzebna była uchwała sejmu, pozwalająca na zbieranie podatku, a to wymagało czasu. Zazwyczaj w kryzysowych sytuacjach wojsko wynajmował ktoś z magnatów, kto pożyczał państwu na ten cel pieniądze, i później rozliczano się z nim po zebraniu podatków. Więc próbuj osiągnąć porozumienie, a później jeszcze wynająć wojsko – to też jest długa i skomplikowana procedura! To oznacza, że zasada jednomyślności, która miała obowiązywać przy podejmowaniu decyzji, tak naprawdę stawała na drodze do rozwoju kultury politycznej. I chociaż na XVIII wiek przypada wiele gwałtownych prób wprowadzenia metody głosowania większością głosów, to udało się to osiągnąć dopiero w tak zwanej Konstytucji 3 maja 1791, kiedy „dobrzy sąsiedzi” Rzeczpospolitej uszczknęli już niemały kawałek z jej ziem. 

 

Konstytucja 3 maja 1791 r. uznawana jest za jedną z pierwszych konstytucji państwowych w Europie. Uchwalona została na Sejmie Wielkim w Warszawie. Ustanowiła strukturę Rzeczypospolitej zgodnie z ideami Oświecenia: zachowując system stanowy, wzmocniła władzę wykonawczą na zasadzie monarchii dziedzicznej; zniosła liberum veto (zasadę jednomyślnej zgody), poszerzyła prawa mieszczan i osłabiła pozycję magnatów.

Ukraińcy czuli się w tej kulturze politycznej jak ryba w wodzie – tacy, jak wszyscy. Oswoili się w niej całkiem szybko, możliwe, że nawet już pod koniec XV wieku, a przynajmniej podczas sejmu lubelskiego w 1569 roku, kiedy czuli się, jak przekonująco pokazała Natalia Starczenko, częścią jednolitej politycznej masy, chociaż do tej pory ukraińskie tereny były podzielone pomiędzy Wielkim Księstwem Litewskim i Koroną Królestwa Polskiego. 

 

Jan Matejko. Unia Lubelska.

 

Tak czy inaczej, ten typ kultury politycznej, dla którego dobrą definicją jest pojęcie „uczestniczącej”, kiedy człowiek czuje się współodpowiedzialny za to, co dzieje się w państwie, rozpowszechnił się wśród ruskiej szlachty, oczywiście nie bez polskiego wpływu, gdzieś w drugiej połowie XVI wieku, równocześnie z jego utrwaleniem się w Koronie Królestwa Polskiego.

 

L.D. Czy możemy przejść do rozmowy o kulturze politycznej w środowisku kozackim: jeszcze w granicach Rzeczpospolitej i później, w Hetmanacie i Siczy Zaporoskiej? Czy były tam elementy klasycznej kultury rycerskiej?

 

N.J. Mówiąc o Kozakach trzeba od razu zaznaczyć, że kozactwo nigdy nie istniało jako jednolita masa. To wspólnota bardzo homogeniczna: mam na myśli to, kto skąd pochodził, kto pochodził ze szlachty czy mieszczaństwa, kto i czego szukał – sławy czy zysków. Chodziło o tych, którzy nie mogli wieść spokojnego życia siedząc w domu – bardzo niejednorodnych pod względem światopoglądowym i wyobrażenia tego, jak człowiek ma się zachowywać. Kozactwo nigdy nie było jednolitym zjawiskiem – i wtedy, kiedy dopiero się kształtowało i wtedy, kiedy już znikało z areny społecznej, nie tylko politycznej, ale także i kulturowej. Innym fenomenem kulturowym jest z jednej strony, kozactwo-rycerstwo, które zarabiało na chleb szablą (tutaj byli ci pochodzący zarówno ze szlachty, jak i z mieszczaństwa), z drugiej strony – Kozacy, którzy żyli w Siczy Zaporoskiej, z trzeciej strony – tak zwani Kozacy grodowi, jak ich zaczęto nazywać później, to znaczy ci, którzy osiedli we wsiach i miasteczkach. Zaczniemy od Kozaków z Siczy, których Kozacy grodowi nazywali „zaporoskimi hultajami”. Żyli tylko z rybactwa i napadów, podstawą ich kultury był step, rozbójnictwo; stąd więc stepowe zwyczaje i rytuały oraz stepowe odznaki – buławy, nazwy stanowisk, sposoby wybierania osób na te stanowiska i odwoływania z nich, kiedy tego, kto sprzeciwiał się gromadzie, zabijano, i tak dalej.

 

Józef Brandt. Starcie Kozaków z Tatarami. Około 1890 r.

 

My, niestety, nie znamy dostatecznie dobrze zasad życia i praw panujących we wspólnotach naszych południowych stepowych sąsiadów. Ale w przez prawie dwa stulecia Ukraina graniczyła na przykład z Ordą Nogajską, która zajmowała terytorium od Dunaju prawie do Dniestru, albo też z Ordą Perekopską – tych tak naprawdę były trzy czy cztery. Wszystkie te ordy później, już w Imperium Rosyjskim XIX stulecia, albo zniknęły, albo gdzieś się przesiedliły, jak, na przykład, Orda Nogajska na terytorium Turcji. 

 

 

Przez to, że były to kultury niepiśmienne, nie wiemy, na ile ich wartości odpowiadały tym, którymi kierowała się nasza siczowa wspólnota, ale według przypuszczeń naukowców, korzeni naszych siczowych zwyczajów, zasad i wyobrażeń należy szukać w stepowej, rozbójnickiej kulturze. Natomiast później, dzięki wieloznaczności samego pojęcia Kozak-wojownik, wyodrębnili się Kozacy, którzy uznają władzę i można ich zorganizować w pewne grupy. Niemożliwe jest przeprowadzenie linii demarkacyjnej, o ile wojackiego chleba szukali nie tylko „hultaje”, a i szlachcice z uznanych, nawet książęcych rodzin, czego dobrym przykładem może być książę Dymitr Wiśniowiecki – legendarny założyciel Siczy Zaporoskiej, który zebrał tam kozacką watahę i szukał sławy na różne sposoby, nawet w Moskwie, a później w Mołdawii, gdzie chciał przejąć tron, przez co, według ballady, źle skończył – stracony przez Turków.

 

 

Dymitr "Bajda" Wiśniowiecki (?-1563/1564) - ukraiński magnat na Wołyniu, książę z dynastii Korybutów, starosta Kaniowa i Czerkas. Aby poprawić obronę południowych granic przed najazdami tatarskimi, w 1553 r. rozpoczął na własny koszt budowę twierdzy na wyspie Mała Chortycia. Ze względu na bliskie związki księcia z Kozakami, zbudowany przez niego zamek jest często postrzegany jako pierwsza Sicz Zaporoska lub jej pierwowzór.

Po raz drugi kozacką masę po swojemu „nostryfikował” na regularne wojsko dawny kniaź transylwański Stefan Batory, wybrany na króla Rzeczypospolitej w 1576 roku – wojownik, przyzwyczajony do niebezpiecznego pogranicza, w działaniu człowiek wojowniczy i zdecydowany. Zobaczywszy słabość wojsk w Rzeczypospolitej, zaczął porządkować tutejszą armię: podobne reformy rozpoczynano wtedy w całej Europie w celu sformowania regularnej opłacanej piechoty (badacze nazywają to wojskową rewolucją, do której doprowadziły wojny religijne XVI stulecia). Taką właśnie regularną piechotę zdecydował się stworzyć Stefan Batory, ale szlachta się do tego nie nadawała, bo przecież to byli rycerze, którzy byli przyzwyczajeni do walki na koniach. Właśnie wtedy zrekrutowano regularną grupę piechoty z Kozaków, w której byli najróżniejsi ludzie. Podstawę stanowili Zaporożcy, ale do nich mógł przyłączyć się i drobny szlachcic, i wolny mieszczanin; poszukiwacz szczęścia, bo i w domu się nudził, i handlować nie chciał. Doprowadziło to do wielkiej kozackiej rewolucji, która dała podwaliny pod kozacką tradycję, gdzie za głównego założyciela uporządkowanego i unormowanego wojska zaporoskiego uważano Stefana Batorego – można to przeczytać w każdym kozackim latopisie. Wtedy ta homogenna wspólnota uległa rozpadowi: ci, którzy chcieli prowadzić niezależne życie w stepie, zostali w Siczy, łowili ryby i chodzili na rozboje, a tych, którzy chcieli być w oficjalnym rejestrze, czyli legitymizowanym kozackim wojsku, zaczęto nazywać Kozakami grodowymi. 

 

Nie wiem, jak w XVIII wieku wyglądały wyobrażenia tych, którzy żyli w Siczy; nie zostawili po sobie żadnych pamiętników, bo nie mieli w zwyczaju czegoś takiego jak ich pisanie. Natomiast wiadomo, że wśród Kozaków grodowych w niedługim czasie bardzo upowszechnili się szlachcice. Razem z rycerską pychą, bo Kozacy – to rycerze, w obieg weszły wyobrażenia i na temat dyscypliny i kultury politycznej. Ostatecznie nie wiadomo, kto wśród Kozaków grodowych był szlachcicem, a kto nie, ale przynajmniej kiedy już ustanowiły się pułki i skład generalnej starszyzny, to wszyscy pułkownicy mieli szlacheckie pochodzenie. To oznaczało, że razem z mlekiem matki wyssali kulturę polityczną Rzeczpospolitej, a z nią i wyobrażenie o tym, że „prawdziwym” może być tylko taki władca, który zostanie wybrany: gdzieś król, gdzieś hetman; a także stanowcze przekonanie, że we wzajemnych relacjach musi istnieć równość i sprawiedliwy sąd.

 

L.D. Czy w takim razie elementy szlacheckiej kultury politycznej Rzeczpospolitej włączono w kulturę polityczną Hetmanatu?

 

N.J. Oczywiście! Na przykład, kiedy Hetmanat już odłączył się od Rzeczypospolitej i przeszedł „w ręce” Imperium Rosyjskiego, uformowano tam sądy starego typu i zachowano w mocy Drugi Statut Litewski – ten sam kodeks, który wśród szlachty działał już od 1566 roku. W Hetmanacie założono takie same instytucje edukacyjne, jak na terenach prawobrzeżnej Ukrainy w ramach Rzeczpospolitej. Ba, Cerkiew istniała w taki sam sposób, jak i na prawym brzegu, gdzie niczego nie narzucała przemocą – pobożnie ją szanowano, ale nic więcej. Ten stan mniej więcej, chociaż i nie bez uszczerbku, zachował się do czasów ostatniego hetmana Kyryła Rozumowskiego, który próbował wprowadzić pewną reformę; jej celem miało być uniezależnienie Hetmanatu poprzez wprowadzenie przede wszystkim sądów typu szlacheckiego, czyli przed oczami jako wzór nadal miał Rzeczpospolitą.

 

 

Kyryło Hryhorowycz Rozumowski (1728-1803) – hetman wojsk zaporoskich w latach 1750-1764. W latach 1755-1763 przeprowadził reformy mające na celu unowocześnienie aparatu administracyjnego i armii, kodyfikację ustawodawstwa i reorganizację sądownictwa Hetmanatu.

Po jego odsunięciu od władzy w 1764 roku Hetmanat po cichu się rozpadał, a pierwszym uderzeniem było oczywiście zniesienie samej instytucji hetmaństwa, wprowadzonej przez carycę Katarzynę II, którą zaniepokoiła aktywność Rozumowskiego. Cykl odpowiednich reform trwał od 1774 aż do lat osiemdziesiątych XVIII wieku i o tym wiemy już więcej, bo, oprócz dokumentów, opowiadają o tym zabytki piśmiennictwa ze środowiska kozackiego jeszcze z końca XVII i XVIII wieku. Szlachecka składowa kultury politycznej jest w nich mocno uwypuklona. Jako najwyraźniejszy przykład może służyć tutaj latopis Samuela Wełyczki, sekretarza Generalnej Kancelarii Wojskowej. Od czasu do czasu Wełyczko nawiązuje jeszcze do stepowej kultury politycznej Siczy Zaporoskiej – niewykluczone, że i on sam spędził wiele lat w Siczy, lub też, że wtedy istniało takie wyobrażenie, że prawdziwa wolność ostała się tylko w Siczy, a tutaj są pozbawiani wolności. 

 

Kronika Samuela Wełyczki (1720 r., o wydarzeniach w Ukrainie w latach 1648-1700).

 

Natomiast Wełyczko jest przede wszystkim przedstawicielem klasycznej kultury szlacheckiej – oczywiście z punktu widzenia Kozaków są oni naszymi wrogami, ale poza tym są dokładnie tacy, jak my. Później, na przestrzeni XVIII wieku, wszystkie teksty napisano w duchu tej właśnie starszyźnianej szlacheckiej grodowej kozackiej kultury politycznej, i tak aż do „Eneidy” Iwana Kotlarewskiego, a to już zupełnie inne czasy, inna motywacja, inny podtekst: kiedy Kotlarewski opowiada, jak „Trojan grono, jak głownie łyków osmolonych” (Tłum. za Piotrem Kuprysiem (Iwan Kotalerwski, Eneida, tłum. P. Kupryś, Lublin 2008, s.25) uciekało z Troi – to już parodia kozackich sentymentów.

 

L.D. Które z odniesień do szlacheckiej kultury Rzeczypospolitej były najważniejsze czy najbardziej cenione w środowisku elity politycznej Hetmanatu?

 

N.J. Jakie elementy czy odniesienia do szlacheckiej kultury politycznej Rzeczpospolitej najwyraźniej rezonowały w kulturze politycznej kozackiej starszyzny końca XVII-XVIII? To przede wszystkim wybieralność władcy. Trudno było im przyzwyczaić się do „samodzierżawia” i władzy moskiewskiego monarchy. Wiele wysiłku włożyła w to Cerkiew, w tym przypadku ukraińska, a szczególnie Teofan Prokopowycz: według mnie jego rola do dziś nie jest odpowiednio doceniona w kontekście analizy procesów integrowania kozackiej starszyzny do Imperium Rosyjskiego.

 

 

Teofan Prokopowycz (1681-1736) – arcybiskup, teolog, rektor Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, jeden z czołowych ideologów powstania Imperium Rosyjskiego, wiceprzewodniczący nowo utworzonego Świętego Synodu.

Według Propokopowycza, władza monarchy jest nadana przez Boga, poświecił temu kilka traktatów, a on sam niby jest „nasz”, jest jednym z nas. Słowa Prokopowycza podchwytują popi, a i Rosja zmienia się wraz z usankcjonowaniem władzy imperatora. Starszyznę łamano uderzając w jej honor. Ale jeszcze zanim ten proces nabierze bezzwrotnego charakteru, i widać to dobrze w tekście Samuela Wełyczki, dominuje wyobrażenie, że istnieją dwie władze – jedna wielka, nadana przez Boga, należąca do monarchy, i druga, którą wybieramy sami: nie musi ona niczego decydować „o nas bez nas” (to słynne hasło szlachty z Rzeczpospolitej). To jeden z najważniejszych elementów kultury politycznej typu „uczestniczącego”, kiedy to my sami decydujemy o swoim losie. U podstaw jakiegokolwiek legitymizowanego działania ma być umowa między władzą i narodem. Zachował się bardzo ciekawy zabytek piśmiennictwa z lat czterdziestych XVIII wieku „Rozmowa Wielkiej Rusi z Małą Rusią”, gdzie te dwie prowadzą ze sobą dyskusję. Wielka Ruś karci  Małą Ruś, że ta się buntuje. A Mała Ruś na to odpowiada: to nie tak, to ty zapominasz, że poddałam ci się nie wskutek zbrojnego podboju, a na podstawie umowy prawnej, przyjętej nie przez hetmana, a przez radę, czyli dzięki woli narodu. 

 

Także władza w kategoriach „uczestniczącej” kultury politycznej jest wyrazem woli narodu, wykonuje to, co naród uważa za właściwe. Taka podstawa kultury politycznej przejawia się w licznych detalach, nawet w wartościach, którymi kieruje się ukraińska Cerkiew w odróżnieniu od moskiewskiej: kiedy tam zarządza patriarcha, to tutaj kapłana wybierają sami parafianie. I ile by rosyjski synod z tym nie walczył, to jeszcze w XIX wieku nie udało się do końca złamać „małoruskich przyzwyczajeń”. Jako inny przykład może posłużyć podejście do wartości prywatnej: w Ukrainie nie przyjął się typ rosyjskiej gromady („samoorganizacji”) jako kolektywnego właściciela ziemi,  którą rozdzielono, ale nikt nie mógł ani sprzedać swojej części, ani oddzielić się i odejść. Natomiast w ukraińskiej społeczności do kolektywu należało tylko pastwisko dla bydła, łąka i las, skąd można było brać drewno, natomiast działki należały w pełni do indywidualnych właścicieli, osób prywatnych. To stąd znamienne za czasów radzieckich określenie Ukraińca-chochoła, kułaka, który chciał mieć wszystko „na własność” i się tym nie dzielił. Przy tym, co jest typowe: takie społeczności z prawem prywatnej własności zachowały się nawet w tych wsiach, które opierały się na prawie poddaństwa i to prawo własności uznawali właściciele wsi. A taka społeczność, analogicznie, sama dla siebie organizowała szkołę, zapraszała nauczyciela, budowała cerkiew czy, jak co dopiero wspomniałam, ustanawiała popa, albo przynajmniej aprobowała „narzuconego” przez dekanat. Wszystko to należy do przejawów kultury typu „uczestniczącego”, która na przestrzeni stuleci przenika ukraińskie życie – aż do kołchozów.

 

L.D. Pani Profesor, w kontekście politycznej kultury doby wczesnonowożytnej jako najważniejszy zabytek piśmiennictwa wspomina się tak zwaną Konstytucję Filipa Orlika – no, nie całkiem konstytucję, ale posłużmy się tą przyjętą w literaturze nazwą. Czy ten tekst coś wnosi do ogólnego zarysu kultury politycznej? I o czym w ogóle ten zabytek nam mówi – konstytucja, której nikt nigdy nie przestrzegał?

 

N.J. Zacznę od tego, że wszystkich pokonuje nieznajomość łaciny i dyskursu Rzeczypospolitej. Konstytucjami (constitutio) nazywano uchwały sejmu, a temu nie na każdym posiedzeniu udawało się je podjąć, bo obowiązywała zasada jednomyślności, a oponentów nie brakowało. Jeżeli jednak udawało się uchwalić – to było to uroczyste święto, któremu towarzyszyła msza dziękczynna, a od końca XVII wieku tekst drukowano, ba, w XVIII wieku wydawano go nawet jako odrębną broszurę. Nie wiem, kto jako pierwszy zaczął rozdmuchiwać nadzwyczajną sławę Konstytucji Filipa Orlika jako „pierwszej w Europie”: ten człowiek nie znał ani podstawowych spraw znajdujących się w obiegu Rzeczypospolitej ani łaciny. Tak naprawdę Konstytucja Filipa Orlika była umową Orlika jako hetmana z zaporoskim wojskiem.

 

Strona tytułowa rękopisu Konstytucji autorstwa Filipa Orlika w języku staroukraińskim, 1710 r. Rękopis jest przechowywany w Rosyjskim Państwowym Archiwum Akt Dawnych w Moskwie.

 

Znalazł się w Benderach bez Kozaków grodowych – a to znaczy, że był hetmanem bez kozactwa. Znajdowali się przy nim tylko Zaporożcy, których ówczesny koszowy Kost Hordijenko przyprowadził z Siczy Zaporoskiej. Orlik i ta niewielka grupa starszyzny, która go poparła, musiał jakoś dogadać się z Siczowcami, ale w XVIII wieku nie było to taką prostą sprawą: Zaporożcy już „wiedzieli”, że Sicz to wolna republika z własnymi zasadami i nie za bardzo dogadywali się i za czasów Iwana Mazepy i później, z hetmanami, generalną starszyzną i Kozakami grodowymi, uważając ich za „sługusów”. A teraz proszę sobie wyobrazić stanowisko Orlika i kilku generalnych starszyzn z jego otoczenia, ich wsparcie to tylko Zaporożcy Kostia Hordijenki. Otóż Konstytucja Filipa Orlika to, właściwie, tradycyjne dla kultury politycznej Rzeczpospolitej „warunki uzgodnione” (pacta conventa) – ugoda hetmana z Siczowcami, gdzie wskazano najważniejsze zasady współpracy – jak i kogo wybierać, jak zarządzać, co robić i tak dalej.

 

L.D. A czy jest prawdą, że było to napisane po łacinie i dokument rozsyłano zagranicznym władcom?

 

N.J. Tak, należało to przetłumaczyć na łacinę, bo dokument trzeba było przesłać do Szwecji, Polski i Mołdawii. Dlaczego do Szwecji – to zrozumiałe, w końcu Orlik poparł Karola XII, sytuacja w Polsce była niejednoznaczna, gdyż rządziło właściwie dwóch władców – August II Sas, który umocnił się po Bitwie pod Połtawą, oraz Stanisław Leszczyński, sojusznik Karola II, który wtedy wyemigrował do Francji. Co do Mołdawii – to najbliższy sąsiad Ukrainy i pośrednik w kontaktach z Turcją. Ten dokument miał być napisany językiem międzynarodowym.

 

Pierwsza strona konstytucji Filipa Orlika w łacinie. Oryginał przechowywany jest w Szwedzkim Archiwum Narodowym.

 

L.D. A czemu trzeba było im przekazywać tę umowę z Zaporożcami?

 

N.J. Chociażby po to, żeby pokazać, że chodziło o oficjalny akt, uznany przez starszyznę – faktyczny rząd ówczesnego Hetmanatu. Przecież emigranci uważali się za pełnoprawny rząd, a tych, którzy zostali pod władzą Rosji – za nikczemnych zdrajców. Natomiast Kostiowi Hordijence chodziło o umocnienie własnego statusu.

 

Kost Hordijenko (?-1733) ataman koszowy Siczy Zaporoskiej. Dołączył do sojuszu wojskowego Iwana Mazepy i Hetmanatu w wojnie przeciwko Piotrowi I, carowi Rosji. Założył i przewodził Siczą Kamiańską, do 1728 r. też Siczą Oleszkowską. Współautor Konstytucji Filipa Orlika 1710 r.

L.D. Czyli była to umowa, akt prawny, który mógł przekonać innych władców, że legitymizowaną władzą na terenach Ukrainy jest ta sama władza, która znalazła się na emigracji?

 

N.J. Tak, żeby zaświadczyć przed zagranicznymi władcami, że obydwie strony umowy są prawomocne, że w Ukrainie wszystko odbywa się zgodnie z prawem i że Siczowcy to nie stepowa dzicz, a prawomocna i solidna siła, która podpisała umowę z hetmanem i będzie jej przestrzegać.

 

L.D. Czy prawidłowe jest analizowanie Konstytucji Filipa Orlika jako, jak o niej piszą praktycznie we wszystkich opracowaniach, pewnego prototypu funkcjonowania państwa czy ustroju państwowego?

N.J. Właściwie to prototyp funkcjonowania państwa przejawia się w samym fakcie istnienia hetmana-władcy, rady i strony umowy, z którą przygotowali warunki bez nadzoru któregokolwiek z sąsiednich władców, sami między sobą, jako suwerenne strony.

 

L.D. Chodzi o ustrój polityczny?

 

N.J. O ład polityczny państwa – tak uważam, to unowocześnienie pojęć, ale sporo miejsca w Konstytucji poświęcono „dobremu ustrojowi państwa”, który odpowiada „wolnemu narodowi”. Przede wszystkim określono system ograniczenia władzy hetmańskiej na rzecz wyraźnie ustrukturyzowanej drabiny urzędów pochodzących z wyboru, które współtworzyły Radę Generalną – swego rodzaju „senat”, uzupełniony „posłami” z pułków i kozactwa zaporoskiego. Te organy musiały decydować wraz z hetmanem o wszystkich sprawach państwowych, aby powstrzymać go od bezprawia i „wypaczenia praw i wolności”. Czyż nie mamy do czynienia z kozacką wersją politycznego modelu Rzeczpospolitej?

 

L.D. Są tam ciekawe fragmenty, które zostały później wykorzystane w romantycznej wizji kozactwa, na przykład, że Kozacy byli dobrze wykształceni, że dbali o prostych ludzi i poszkodowanych przez los, wdowy i sieroty. U badaczy XVII-XVIII wieku wywołuje to co najmniej zdziwienie. Czy takie wyjątki można traktować adekwatnie do sytuacji, a nie w romantycznym opracowaniu?

 

N.J. Jeżeli chodzi o wdowy i sieroty – to uogólnienie, żeby podkreślić, że jesteśmy chrześcijanami. Natomiast nawiązanie do prostej ludności („pospolity lud”, czyli chłopstwo i  mieszczanie) zasługuje na odrębną uwagę. Konstytucja ogłasza Kozaków opiekunami „pospolitego ludu”, czyli określa ich jako naród polityczny Hetmanatu, innymi słowami jako szlachtę, rycerstwo, którego obowiązkiem było walczyć i chronić „pospolity lud”, który, co oczywiste, nie bierze udziału w wojnie. Ta niezwykle ciekawa wzmianka jest podana mimochodem – niczym nawiązanie do wszystkim znanej sprawy. Na podobne akcenty co do statutu rycerza/zadań kozactwa można było trafić i w latopisach Samowydca i Wełyczki, ale i w innych tekstach, przede wszystkim w listach, szczególnie w korespondencji Bohdana Chmielnickiego. Natomiast o tym, że Kozacy-rycerze muszą chronić niewojujący prosty lud wprost powiedziano tylko tutaj.

 

L.D. Czyli tak naprawdę to świadczy o dojrzałej myśli politycznej i pozycjonowaniu siebie jako rycerstwa, warstwy zarządzającej.

 

N.J. Tak, to wyartykułowanie siebie i swojego statusu-obowiązku, wypowiedziane jasno i jednoznacznie.

 

L.D. Pani Profesor, bardzo dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że nasi słuchacze i czytelnicy teraz będą trochę lepiej orientować się w złożonych perypetiach życia politycznego i zjawiskach kultury politycznej w Ukrainie doby wczesnonowożytnej.

 

 

: